Czy warto ryzykować? Trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Kiedy nagle chcemy zrobić coś nietypowego dla nas, na pewno lepiej się dwa razy zastanowić. Moja dawna znajoma nazywała mnie Piotrusiem Panem, ponieważ zwykle mówię z oddaniem o rzeczach dotyczących serca i ducha. Inni nazywali mnie "kierownikiem", gdy realizowałem różne cele, twardo stąpając po ziemi. Czego we mnie więcej? Powiedziałbym, że uczuć. Nie jestem jednak typem, który wpada pod samochody, ogarnięty swoimi myślami.
Przekazywanie swoich poglądów z duża skutecznością jest niebezpieczne. Taki wniosek nasuwa mi się po tych latach pełnych rebelii. Nie każdy jest na nie gotowy, niektórym to po prostu nie pasuje. To nie ich styl. Co więcej, sam często jestem ofiarą swoich rewolucji. Z grubsza biorąc, jest to duże zagrożenie.
Być może więc jestem od nich uzależniony? Nawet jeśli tak, to nie chcę tego zmieniać, ponieważ dla mnie jest to sygnał, że ciągle o coś walczę i zabiegam. Że "system", życie i schematy jeszcze mnie nie posiadły. Ale czy długo tak jeszcze będzie?
Coraz mniej aktywnej muzyki, mało pisania, mało realizowanych marzeń. Codzienna rutyna, obostrzenia, determinanty.
Boję się rozpalać serca i umysły z dwóch powodów. Pierwszy jest mniej istotny, dotyczy bowiem mnie. Pojawia się we mnie lęk przed wyśmianiem, kpiną i pukaniem w czoło. Tak, proszę państwa, ludzie reagują na wariatów. Nie ukrywam jednak, że czasem czuję się jak pacjent oddziału umysłowo chorych. Trudno mi orzec czy przez swoje myśli, czy przez otaczającą rzeczywistość.
Drugi aspekt dotyczy zagrożenia pojawiającego się dla drugiego człowieka. Załóżmy, że razem przeprowadzamy jakiś przewrót, życiowy bunt. Nawet jeśli jest on przemyślany i wzniosły, jest niebezpieczny. Może bowiem się nie udać - wtedy twardo lądujemy na dnie. Może również się okazać, że po wygranej ja nie idę już z daną osobą tą samą drogą. Czasem jesteśmy tylko narzędziami do celu. Bardzo się zżywam, jednak niekiedy szlaki ludzkie się rozchodzą. Spokojnie lub burzliwie.
Miałem kiedyś nauczyciela, mentora, który zwykł wpajać we mnie szlachetne idee. Oddany byłem im całym sercem. Po latach go odwiedziłem, już jako dorosły człowiek. Wtedy zanegował wiele z naszych założeń, określając je jako "nieżyciowe". Esencją rozmowy była następująca treść: "Na potrzebę twojego młodego wieku, dałem ci nadzieję i wartości, dla których znalazłeś w sobie siłę i oddanie. Teraz otwórz oczy, bo nie wszystko jest takie, jak ci to opowiadałem".
Otworzyłem oczy. Dla mnie wiele rzeczy pozostaje niezmienionych. Czy jestem wciąż niedojrzałym dzieckiem? Czemu wciąż zachwycam się światem i emocjami?
Dlaczego zanurzam się w nich z wytchnieniem i przyjemnością?
Dla tych chwil warto żyć.
Każdego dnia doświadczamy dziesiątków sytuacji, które warto byłoby utrwalić. Zwykle zostawiamy je dla siebie, bądź odtwarzamy później na potrzeby własnych przemyśleń. Czasem siadzę z kartką i skreślam kolejne zdania, bo wydaje mi się, że nie są w stanie oddać tego, co chciałbym powiedzieć.
Pewnie tak jest w rzeczy samej. Słowa same w sobie nie zbliżają się nawet do tego, co czujemy. Może gdybyśmy mogli, na przykład za pomocą dotyku, przekazywać innym wszystkie swoje doświadczenia i obrazy, które widzieliśmy, zrozumienie byłoby łatwiejsze? Czy jednak byłoby wtedy miejsce na subiektywizm? Przecież całe nasze "bycie" opiera się na patrzeniu na świat z pewnej perspektywy.
Od dawna niczego nie pisałem. Brakuje mi tego. Większość spostrzeżeń i rozmyślań przechowuję w sercu, rzadziej dzieląc się nimi z innymi. Poniekąd wynika to z niezrozumienia pośród ludzi, również mojego braku zdolności do przystosowania się. Ktoś mógłby powiedzieć, że moje życie jest wielką, burzliwą szamotaniną i pewnie miałby dużo racji. Jednak jest to mój kocioł, moje rozpalone myśli i walka ze samym sobą. Nigdy bym tego nie oddał.
Wiele w życiu popełniam błędów, wielokroć wykazuję się brakiem taktu czy wyczucia. Często widzę za sobą pożogę, więcej zła niż dobra. Cieszyć się mogę, że mimo ogromnych zawirowań na moich szlakach, wracam do tego, co leży u fundamentów mojej osobowości. Wiara w ludzi, emocjonalność, waga przywiązywana do uczuć, poszukiwanie prawdy, odpowiedzi na pytania o nasze istnienie i cel.
Ludzie, którzy biegną do mety, a każdy z nas jakąś ma, zapominają o wielu rzeczach. Stajemy się bogami, bo w tym tyglu nie czujemy swej kruchości. Niekiedy zazdroszczę ludziom, którzy wszystko dobrze sobie zaplanowali. Znaleźli swoje miejsce w społeczeństwie, pozycję, pracę. Założyli rodziny, mniej lub bardziej szczęśliwe. Może nawet nie mieli czasu się nad tym zastanowić, może nie wiedzą czy są szczęśliwi? Bo czymże jest szczęście? Chwilą, płomieniem tańczącym na wietrze. Jego nie da się wyreżyserować. Jest jak błogosławieństwo. Jak pierwsza miłość, niewinna i buchająca ciepłem na wszystkie strony.
Dlatego tak często gwiżdzę na tytuły, mądrości stworzone na potrzeby tłumów. Co zmieni, czy umrę biedniejszym czy bogatszym? Jaka różnica w umieraniu w opłaconej klinice lub biednym przytułku? Są rzeczy, które równają nas w jednej linii.
To my uwypuklamy różnice. Ja sam teraz odcinam się od pewnego stylu życia, tworzę odrębność. Ale czy na pewno?
Są na świecie ludzie, którzy rozgnietliby mnie jak ćmę w ułamku sekundy. Są tacy, którzy zniszczyliby moje imię i godność. Inni podeptaliby moje człowieczeństwo, zraniliby moich bliskich. Niektórzy mogliby dzięki swym wpływom i pieniądzom wymazać mnie z historii.
Mogą to zrobić. Nie są jednak w stanie zabić ducha, który we mnie drzemie.
Jeśli jednak są tacy, którzy nie chcą przerobić mnie na bitki, zapraszam do wspólnej walki o nas samych.
Z szelmowskim uśmiechem serdecznie Was pozdrawiam.
Do tego dodałbym jeszcze brak świadomości kim się jest. Pewnego wyczucia, przynależności
(duchowej i fizycznej) do kogoś lub czegoś oraz zrozumienia ze strony chociażby jednej osoby.
Brak powyższych jest jak ciężka choroba, trawiąca żmudnie od wewnątrz ciało i duszę.
Na różnych etapach doświadczałem tego wybiórczo bądź wszystkiego na raz. Jeśli mam w sobie
lęk, to właśnie ten jest największy.
Porównać to można do dziecka, które budzi się w nocy, a w domu nie ma rodziców. Nikt się nim
nie zajmie, nie uspokoi, nie przytuli. Lub do rdzennego mieszkańca prerii, którego schwytano w
niewolę, zabierając mu wolność, wspólnotę, naturę i harmonię. To jakby skakać ze statku,
ponieważ załoga wszczęła bunt, a herszt trzyma wycelowaną w nas lufę. Przymuszenie, brak
swobody, szacunku, świeżego powietrza, mocnego wiatru. W jednej chwili wszystko zostaje
zabrane. Pozbawiono Cię bowiem Twojej funkcji, mniemania, chęci, wiary, wytrwałości, poczucia
sensu. Nadziei.
Kiedy nie istnieje odbiorca naszych działań, my przestajemy nadawać. Kiedy kochanków dzieli
śmierć, niekiedy nie potrafią żyć dalej samotnie, "nie mają żyć dla kogo". Gdy publiczność
przestaje zauważać idola, jego zniknięcie ze sceny jest kwestią chwili. Przyjaciele odwracają
się od Ciebie, Ty odwracasz się od całej społeczności.
Jak mi się zdaje, najczęściej nie robimy czegoś dla samego robienia, tylko dla kogoś lub
czegoś. I to ostatnie jest najważniejsze.
Posiadając zatem talent wyznaczamy sobie sposób jego wykorzystania. Określamy odbiorcę. Na tym
poziomie nie ma jeszcze korzyści. Jest prosta linia aktu czy komunikatu. Ja - adresat.
Kiedy nie mam do kogo mówić, nie mówię. Nie mam dla kogo żyć, nie żyję.
Szukamy zatem, by nie umrzeć za życia. I błądzimy.
Za oknem pociągu leniwie przemykają budynki. Nowoczesne pociągi w Polsce to wygoda dla pasażera. Nawet dla mnie, który nie przepada za środkami komunikacji miejskiej, wybór kolei przynosi niewątpliwe korzyści. Brak korków, świeżość myśli nieskupionej na zwariowanych kierowcach oraz cichy stukot kół dają odprężenie.
Od kilku miesięcy znów planuję przewrót. Niektórzy określają to "odwrót", ja jednak wolę pierwsze określenie. Szczerze wyznając, mam dość Warszawy. Z jej infrastrukturą, stylem życia, pozbawiającym energii istotą, szaleńczym pędęm, jawi się ona dla mnie jako miasto, do którego nigdy nie powinienem był ściągnąć.
Wyzułem się z moich refleksji, obumarło we mnie wiele emocji. Jakiś czas temu przez przypadek mogłem znowu zagrać z moim dawnym przyjacielem. Wydaje mi się, że to był pierwszy moment. Pierwsze tąpnięcie gdzieś w środku.
Później był 27. września. Data ta, pośród codziennej bieganiny i pracy o mało nie umknęła mojej uwadze. Tamtego dnia czułem nieokreślony głos, wołanie. Coś jakby przywoływało mnie do siebie. Później telefon. Wujek przypomniał mi o rocznicy odejścia mojej Babci. Zaczałęm szukać w sobie odpowiedzi na tamte budzące się myśli i uczucia.
Następnego ranka zadzwoniłem bez namysłu i bez zastanowienia do Michała, proponując mu ponowne podjęcie współpracy artystycznej. Chyba zapomniałem, że dzieli nas odległość niecałych 300 km, nie pomyślałem, że narażam się na śmieszność. Ot, impuls.
O dziwo po zastanowieniu dał odpowiedź pozytywną. Spotykamy się co jakiś czas, pomiędzy moją pracą, zaocznymi studiami oraz obowiązkami. Gramy po wiele godzin, byle gdzie, ćwicząc ospałe palce, niepewny wokal, sprawdzając na co nas stać. Określając, czy możemy sobie powtórnie zaufać.
Dla kogoś, kto jest związany z Warszawą dobrą płacą, mieszkaniem, studiami i codziennością, wyrwanie się gdziekolwiek indziej przedstawia obraz wariata bądź pomyleńca. Takimże właśnie jestem, tak na mnie patrzą moi bliscy, moja rodzina.
A ja, świadom całego tego zamieszania i nadużyć, które spisuję na karb burzliwych, młodzieńczych poszukiwań, czuję się jakoś lepiej. W uszach brzmią mi pełne dźwięki, w sercu odwilż, w myślach bunt.
Nie wszystko we mnie umarło, więc drobnymi kroczkami spróbuję dotrzeć do tego, co straciłem. Do siebie. Do życia z Pasją.
Pisanie wcale nie jest rzeczą łatwą. Szczególnie wtedy, gdy wszystko wydaje ci się nierealne. Bo i o czym wtedy mówić, o czym pisać? Gdzieś w środku wydaje mi się, że to wszystko jest wyreżyserowane, że ja sam tylko odtwarzam jakąś rolę. Przestałem czuć, że mam nad moim życiem kontrolę.
To jakiś wielki, niepokonany dryf. Po co komu kapitan, sternik czy bosman, gdy łajba i tak płynie swoim rytmem?
Dlaczego przestaje mi zależeć, gdy kolejny ostry zakręt zostawiam za sobą o wiele za szybko? Czemu wiecznie jestem niezadowolony z tego co robię? Ile jeszcze swoich decyzji mam porzucić, by w końcu czuć się usatysfakcjonowanym? Czy coś takiego w ogóle istnieje?
Nie zależy mi na tytułach, ani na świstku z uczelni, nie zależy mi... Gdzie te chwile, gdy sama muzyka nadawała wszystkiemu sens?
Jest kilka rzeczy o które stanę do walki. Ale gdzie (kurwa, gdzie?!) jest Sens, Oddanie, Pasja i przekonanie, że to wszystko ma jakieś znaczenie?